

Maya
Jenga
W jakimś przerażającym poranku samotności, odrzucenia, przepracowania i braku sensu Irene zaczęła posuwać chłopców na ekranie jej rozbitego iphona. Przesuwała ich w lewo, by odrzucić. W prawo by
zaakceptować możliwość. Podobnie chłopcy posuwali ją. O tych przesuwających w lewo miała się nigdy nie dowiedzieć (tak funkcjonuje aplikacja), o tych którzy posuwają ją w prawo wiedziała tylko w tej ewentualności, kiedy sama posunęła ich w tym kierunku. W tym momencie trzeba Wam wiedzieć, że nie zdarzało się to często. Sama była wybredna, a jej zdjęcie było zbyt pojechane, jej opis zbyt artsy. I mimo to, że mieszkała na Brooklynie była jedną z tych dziwnych o dziwo. Wiecie, jak to jest, kiedy każdy jest dziwny, w każdej społeczności jest pewien odłam tej dziwności w pełni akceptowany jako norma, ogólnie
przyjmowany i ten o dziwo nie, niech nie daj boże, ktoś pisze poezje, lubi górskie piesze wycieczki, nosi za duże męskie marynarki to już koleżanki słabiej się interesują, a koledzy mniej chcą tulić czy nawet tarmosić. Tego poranka Irene zmieniła swój opis:
Poznam kogoś kompletnie niezobowiązującego, lekkiego i frywolnego, kogoś kto lubi seks, ale nie lubi na poważnie. Kto podejdzie blisko, ale nie za blisko. I kogoś na tyle cudownego – kto, gdy zrobi się niewygodnie – zniknie. (Nazwane kilka lat później przez drogiego terapeutę, jako: niemożliwe na poziomie świadomości i niewypowiedziane: kto zaakceptuje, że ja nie akceptuję związków, jako formy kontaktu, gdyż boję się bliskości i cierpię z lęku przed niewypowiedzianym odrzuceniem.) Fernando pijąc swoje pierwsze espresso z twardym chujem i mocnym nastawieniem, że dziś musi znaleźć dziewczynkę długo nie zastanawiał się nad odpowiedzią. Z resztą, co musicie wiedzieć o Fernandzie on posuwa wszystkie w prawo. Nie ma ulubionej figury, koloru włosów, rozmiaru, narodowości czy wieku. Jest wyrafinowany, ale nie jest wybredny. Po randce Irene śniła o kobiecie z pięcioma piersiami. Obudziła się w środku nocy kompletnie zafascynowana. Aż pięć! Następnego dnia myślała o tymczasowości, o tym, że człowiek, gdy wchodzi w dorosłość zakłada, że otacza go stałe/stała, o tym, co było jej osobistym odkryciem, że mimo wszystko najłatwiej nam jest godzić się na tymczasowość. Zakładanie, że to co mamy, zawsze tu będzie prowadzi do pierwszych poważnych załamań nerwowych. Całym swoim istnieniem wyrażała również lęk przed nudą, miałkością czy oczywistością. Kurczowe trzymanie się schematów i ludzi przerażało ją. Jednak przez zwichrowane dzieciństwo stała się kimś na kształt kontrolowanego freaka, kimś kogo trudno zaprosić do swojego życia, kogoś kto trzyma dystans ale się narzuca. Kto za swój wizerunek gotowy oddać życie. Konstrukcja była podstawą. Zabawiała się myślą, o tym, kogo nie zaprosić na swój pogrzeb (matek byłych chłopaków na przykład). Ten wnikliwy wgląd doprowadził ją do Tao, rozumiała, że piękno nie istnieje bez brzydoty, dobro bez zła, a ten dualizm ją zadowalał. Trzyma przy życiu, karci i ratuje zarazem. Jenga angażuje twoje fizyczne i psychiczne umiejętności. Gracze naprzemiennie wysuwają elementy konstrukcji składającej się z 54 klocków. Każdy z wyciągniętych elementów należy umieścić na samej górze wieży tworząc dużo wyższą ale też mniej stabilną konstrukcję. Słowo jenga wywodzi się z języka Suahili i oznacza budować. Na świecie sprzedanych zostało 50 milionów Jengi, co daje prawie trzy
miliardów sprzedanych elementów.
Randki rozrywały jej serce na strzępy, ona chciała poezji i bananów z nutellą w łóżku, ale przecież wiedziała – nie o to się upominała, nie to otwarcie deklarowała. Zostaw za sobą pary przeciwieństw, dychotomie, stań się paradoksem, miej w sobie mądrość i głupotę, brzydotę i piękno. Uwierz w swoją silną wole i zdolność wpływania na otoczenie, zaufaj energii wypływającej z ciebie. Zaakceptuj dualizm materialnego świata, pozostając z jednością tao. Rozpadała się, jak konstrukcja Jengi (kiedy wyjmiesz elementy z dołu i układasz na górze nieważne jak wysoką wieże zbudowałeś, tracisz równowagę). Nadbudowa na dziurze, jako filozofia przetrwania. Przecież strach wracać na sam dół, by reperować braki. Pisała wiersze o brakującym – tam na dole – elemencie miłości, akceptacji, o niedogłaskaniu, niedotuleniu, o odwiecznej potrzebie bycia kochanym.
Codziennie rano podpierając lewą pierś dłonią masowała okolice serce ciepłym olejem sezamowym. Instynktownie czuła, że wszystko się zawali niczym Jenga po wyciągnięciu niewłaściwego elementu. Było to blisko, szykowała się nie tyle, do upadku, co do rozpadu. Przepełnienie a pełnia, tak jakby przepełnić księżyc w pełni, co by pękł niczym bąbel. Przepełnienie żołądka z nerwowego przejedzenia wobec satysfakcjonującej pełni po smacznym posiłku. Spełnienie miłosne w ramionach kochanka wobec niespełnienia naprzykrzającej się onanizacji. Słodkie spełnienie artystyczne wobec jadowitej niewypowiadalności niespełnienia. Czym jest życie w pustce, czy w miejscu po wysuniętym elemencie wciąż jest życie? Czy puste miejsce nie zawiera po sobie śladu po brakującym elemencie? Gdy obumierają komórki, co po nich pozostaje, czym jest ich ślad?
Ślad po obumierających komórkach?
I czy w końcu pustka jest częścią tego co było?
Wiedziała, jak przyroda radzi sobie ze stratą, afirmowała więc: wszystko jest tymczasowe. !
Wy wiecie już, że to musi się rozpaść. Instynktownie czujecie, że idzie nieutulona rozpacz. Idzie suka, jak
zima, nie zważając, czy jesteśmy gotowi.
(…)